piątek, 1 kwietnia 2011

Wiz Khalifa - Rolling Papers (2011)



Tak to juz jest że bohaterowie mixtape'ów nagrywają słabe long play'e. Miała być sztuka wyszło efekciarskie rzemiosło... Wielu ludzi mówi mi: "Nie znasz się, to jest album na lato, do słuchania przy joincie, nie kazda muzyka musi wymagać od słuchacza", zgadzam się z tym, ale jednocześnie ripostuje że jest wiele innych lepszych płyt do odpoczynku, choćby zeszłoroczne obydwie części "Pilot Talk" Curren$y'ego które były o niebo lepsze,
o g funkowych klasykach nie wspominam, bo je się słucha dobrze zawsze, wiadomo. Beaty to przysłowiowa "żenua", nie znam tych beatmakerów, ale możecie być pewni że jeśli E. Dan albo Pop Wansel wypuści producentkę to na pewno jej nie sprawdzę. Jak można z podkładu w "Top Floor" który zaczyna się jak ciężki syntetyczny banger zrobić przesłodzone gówno? Z drugiej strony czy Wiz jest zdolny do tego żeby zarapować dobrze na ciężkim bangerowym beacie tego typu? może i nie, ale ważne że w konwencji wyluzowanego blunt rapu jest mistrzem. Nie wiem czy single są jak przystępne reklamy Mango TV, które mają przyciągnąć do marnej całości, ale ja tak to odbieram. "Black & Yellow", "Roll Up", "On My Level", no i powiedzmy jeszcze że "Rooftops" oraz "Hopes And Dreams" to najmocniejsze punkty albumu, reszta jest mi obojętna jak nasi cudowni politycy. Remixowany na tysiąc sposobów "Black & Yellow" ma w sobie wszystko co powinien mieć dobry mainstreamowy singiel, a mianowicie przebojowość, dobry teledysk, przystępność, "On My Level" jest idealnym soundtrackiem do wszelakiej fazy, beat się rozmydla niczym obraz przed oczami po wódżitsu, "Roll Up" z kolei jest najsłabszym z singli, jednak ma klimat którego nie można mu odmówić. Zauważyłem powtarzalność Wiza, wszędzie ma takie same flow, ta sama tematyka tekstów, rozumiem że KRS-One może się powtarzać, najlepsze klasyczne lata ma już za sobą, ale Wiz który dopiero co wbił się na scenę? Pomimo tych wszystkich zarzutów życzę Khalifie progresu, na prawdę lubię tego kota, wnosi dużo świeżości na tą zakurzoną scenę, ale "Rolling Papers" z całym szacunkiem odpada (oprócz singli oczywiście).

Mój werdykt:
2/5 (w tym 1,5 zajmują single)


wtorek, 29 marca 2011

Freeway & Jake One - Stimulus Package (2010)



Tonę w zalewie nijakich płyt, nijakich kolaboracji wszystkich z wszystkimi, które tak na prawdę nic nie wnoszą do rapu. Pewnie teraz spodziewacie się że napisze o "Stimulus Package" że jest wyjątkiem, no i w połowie macie racje, bowiem Freeway z Jake Onem wysmażyli niezły krążek, co prawda nie wniósł raczej nic nowego do gry, ale na pewno nie brzmi nijako. Ostanio wychodzi mało płyt wyprodukowanych tylko przez jednego beatmakera, za to milion wyprodukowanych od niechcenia, bo wypada, każdy kawałek od innego z mainstreamowej czołówki. Każdy raper powinien mieć swojego producenta, tak jak Guru miał Preemo, tak jak A.G. ma Showbiza, tak jak Snopp Doggy Dogg miał Dr. Dre, tak jak Freeway ma Jake One'a! To nie żart, Ci panowie rozumieją się tak jak powinien rozumieć się MC z beatmakerem. Te beaty są wprost stworzone dla Freewaya, nie wyobrażam sobie innego rapera który mógłby zastąpić Freewaya przy „Stimulus Package”. Ponadto mogę jeszcze stwierdzic że Freeway po albumie z Jakiem przeżył swego rodzaju renesans twórczości. Krążek zaczyna się wejściem z buta od dwóch rewelacyjnych numerów: "Stimulus Intro" i "Throw Your Hands Up", potem poziom albumu ani na chwilę nie schodzi niżej, a nawet wzrasta w niektórych momentach. Momenty o których mówię nazywają się: singlowy "She Makes Me Feel Alright", "One Thing" z Raekwonem, oraz nastrojowe "Freekin' The Beat" z Latoiyą Williams która zaśpiewała w tym utworze jak księżniczka neo-soulu. Odnośnie gości to Bun B jak zwykle popłynął nieskazitelnie (jestem psychofanem tego typa, bez kitu), Birdman o dziwo nie uszkodził syntetyczno-soulowego "Follow My Moves", ba! nawet tam pasuje, Beanie Sigel pozytywnie mnie zaskoczył swoim flow i głosem (hejtuj mnie, pierwszy raz słyszałem zwrotkę tego kota). "Stimulus Package" jest jednym z najbardziej spójnych krążków jakie słyszałem ostatnio.

Mój werdykt:
4/5

Jeśli ta płyta jest taka wspaniała, taka unikatowa, to dlaczego dałem jej czwórkę a nie piątkę? Sam nie wiem, nie czuje żeby zasługiwała na coś więcej, może za sprawą tego że jakby nie patrzeć album nie poszerza horyzontów, nie jest żadną rewolucją w rapie, pytanie czy taka kiedykolwiek jeszcze nastąpi? Chciałbym przenieść się do lat 90-tych...



środa, 16 marca 2011

Nate Dogg odszedł



15 marca odszedł od nas najlepszy wokalista w rapie, twórca i współtwórca takich klasyków jak "Dogg Food", "Regulate... G-Funk Era", albo "G Funk Classics Vol 1 & 2". Prawdziwa przyczyna śmierci wokalisty na razie nie jest powszechnie znana, jednak można domyślić się że jest ona związana z dwoma udarami mózgu które przeżył wokalista. Czym były by "Regulate" Warrena G, albo "Ain't No Fun (If The Homies Can't Have None)" Snoopa bez partii śpiewanej przez Nathaniela Dwayne'a (prawdziwe imię i nazwisko artysty)? artysta miał duży wkład w budowie potęgi Death Row Records, oraz całego g funku. Za wspaniałą przygodę z Twoją muzyką dziękuje. Rest In Beats!










sobota, 19 lutego 2011

About big changes and big things

 Panie i Panowie! Jesteście świadkami wiekopomnej chwili , mój przewspaniały blog zmienił nazwę na Soulquarian! tadaa! (Czy ktoś w ogóle czyta to gówno?) Dzisiaj pierwszy raz od niepamiętnych lat spędzam sobotnią noc w domu, dlatego postanowiłem coś skrobnąć.W najbliższym czasie spodziewajcie się następnych wieści, a tymczasem skosztujcie finezyjnego smaku tych dwóch muzycznych rarytasów. Hi5!

Kanye West - My Beautyfull Dark Twisted Fantasy (2010)

Dlaczego wszędzie (w sumie prawie wszędzie, pozdrawiam zero-siedem!) czytam o tym że Kanye West aka Jestem Pępkiem Świata, dzięki swojemu nowemu dziełu zyskał status boga muzyki? Taki status należy się takim graczom jak James Brown, albo Jimi Hendrix, ale nie Kanye West, przynajmniej na razie... Fenomen albumu polega na tym że jest spójny, zrobiony z pomysłem, żaden "feat" nie jest na darmo, a wierzcie mi lub nie, nad albumem pracowała cała armia pod nadzorem Westa (od RZA'y po Swizz Beatza, od Alicii Keys i Rihanny po Eltona Johna, od Rick Rossa po Kid Cudi'ego). kompozycja jest perfekcyjna, nic nie jest zbędne, potwornie ciekawie zaaranżowana przestrzeń  a teraz takich krążków ze świecą można szukać. Ze zdumieniem i przerażeniem stwierdzam że dzieło nie ma wad, dlatego zachęcam do słuchania, tylko ostrzegam, to wciąga! Dobry mainstream nie jest zły.



















Curtis Mayfield - Superfly! (1972)

Ciężko pisać o czymś co nie wypada krytykować, bo i tak nie ma czego, ciężko coś chwalić jeśli słowa i tak nie oddadzą piękna danego obiektu, dlatego powiem że jest to dla mnie po prostu najlepszy soundtrack do filmu jaki kiedykolwiek słyszałem, jedna z najlepszych płyt funkowo soulowych jakie kiedykolwiek słyszałem,  od pierwszego przesłuchania wciągnęło mnie na zawsze. Curtis jest najlepszym wokalistą w swojej kategorii, czyli w śpiewaniu falsetem o minusach życia w czarnym getcie na dopracowanych do bólu, czystych podkładach, e. Skarbnica sampli, wykradali z niej blask między innymi Dr. Dre,
 albo Hi-Tek. To trzeba usłyszeć!


sobota, 22 stycznia 2011

Curren$y – „Pilot Talk” & „Pilot Talk II”





   Przejarane leniwe flow, beaty od samego Ski Beatza, wiele solowych mixtape’ów, i dwa z Wizem Khalifą na koncie, jedno legalne wydawnictwo pt. Ain’t No Mixtape”, to właśnie Curren$y, dowód na to że ogrom pracy popłaca. W 2010 roku wydaje „Pilot Talk”, kilka miesięcy później „Pilot Talk II”, aktualnie pracuje na „Pilot Talk III”, pomiędzy nagrywa mixtape pt. „Record Deals”, pomimo nawału wydawnictw dostajemy zawsze dobrą muzykę. Pomińmy wszystko inne, zajmijmy się serią „Pilot Talk” która według mnie najbardziej zasługuje na uwagę.


“Pilot Talk”

Pilot 1: Masz może jakieś kwiatki?
Pilot2: Pytasz, a wiesz…
P1: Już skręcone. Zajebiście
<palą>
P1: Czuje się jakbym uczestniczył w „Pilot Talk”
P2: W czym?
P1: „Pilot Talk”. Kozacki w chuj krążek Curren$y’ego. Nie znasz? Nawet nie pierdol… To trzeba znać
P2: Sorry, ale Ty nawet nie słyszałeś ani jednego Little Brother, jakoś Ci tego nie wypominam…
P1: Co mnie obchodzą jakieś truskule (śmiech). Curren$y jest jednym z najlepszych świeżaków w grze, razem z Wizem Khalifą wprowadzają dużo luzu, tak jak kiedyś to robili Snoop i Devin.
P2: Wiza znam, ale nie jaram się zbytnio, chociaż taki „Black & Yellow” to kozak, nie przecze.
P1: Jak można nie znać Curren$y’ego… Nie słyszałeś takich numerów jak np. „Audio Dope II”, albo „King Gong”?
P2: A faktycznie, słyszałem „King Kong”, ale nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia,  beat strasznie dziwny, nie lubię takich wynalazków, Curren$y nie ma zachwycającej techniki, ani tekstów, do tego jeszcze ten zachrypiały przejarany głos…
P1: Ty lepiej popatrz na siebie (śmiech). Głos ma ciekawą barwe, ale nie każdemu może się podobać, teksty są po prostu przyjemne, nie ma tam sznytu lirycznego godnego Nasa.  Przyznam Ci racje beat mnie odepchnął za pierwszym odsłuchaniem, ale potem było już tylko lepiej, radzę Ci przesłuchaj to sobie jeszcze raz albo dwa, a na pewno będziesz chciał sięgnąć po całe elpe.
P2: Ok., ale wątpie. Eee… a czy to nie Ski Beatz robił ten beat?
P1: Tak to on, ponadto jest odpowiedzialny za większość numerów na płycie, a Beaty… mówię Ci, Beaty są dojebane! odlatuje razem z nimi w kosmos. Okładka oddaje klimat beatów, jest tak samo hipnotyzująca i ciekawa.
P2: Ej, a słyszałeś tak a propos Snoopa, że szykuje nowy materiał? Ujawnił ostanio ze trzy numery, „Wet”, jeden z nich , brzmi jakby był podkładem do pornola, serialnie…
P1: Słyszałem, a wiesz!? Snoop Dogg też jest na tym albumie, nie wiem jak to Curren$y to robi, że zaprasza gości takich jak Snoopy, albo Jay Electronica, którzy górują nad nim techniką , a i tak się zjeść nie daje.
P2: Pewnie byli nie w formie…
P1: No co Ty! Jay mnie rozjebał, i pod względem flow, i pod względem lircznym, wers: „always be like Chuck D, never be like Flavor Flav” zapuścił korzenie w mojej głowie na długo, taki prosty wers, ale ma w sobie dusze i piękno. A Snoop? A Snoop jak zawsze ostanio, czyli tak Se. Wśród gości jest jeszcze Devin, są jeszcze inne świeże kocury typu Stalley, albo Smoke D.Z.A., no i jeszcze… <chwila zastanowienia> a! słyszałeś kiedyś może o jakimś Young Roddym?
P2: …
P1: Taki dzieciak. Ile on może mieć lat? 16? W każdym razie naprawde pięknie nawinął, mówię Ci.
P2: Nie znam, ale jak słysze dzieci raperzy to mnie mdli.
P1: Sprawdź sobie tą płytę na prawde, jest nawet lepsza od nowej solówki Buna, a wiesz że Bun B dla mnie jest jednym z najlepszych, tak więc wiesz także że nie kłamie. Ale swoją drogę „Pilot Talk” też nie jest jakimś arcydziełem, jest to po prostu bardzo przyjemna płyta, z charakterem,  która daję chwilę wytchnienia. Mówię Ci, sprawdź to
P2: Jeśli tak mówisz…  I tak mam teraz tyle płyt do przesłuchania że nie nadążam, więc prędzej czy później może ją sprawdze
P1: A tak w ogóle, to kompan Wiza jest naprawdę pracowity, trzy miesiące po „Pilot Talk” nagrał i wydał „Pilot Talk II”, prze chuj, taka charyzma, podziwiam go, naprawdę. Człowiek z charyzmą.
P2: Pewnie marna ta dwójka, jak po tak krótkim czasie została zrobiona…

„Pilot Talk II”

<Pilot2 wyciąga z kieszeni worek z suszem, oraz bibułki, zaczyna skręcać>
Pilot2: Palisz jeszcze?
Pilot1: Pytasz a wiesz <śmiech>
<palą>
P2 <pokasłując>: To jaka jest ta dwójka?
P1: Jest dobra, ale nie jest tak zajebista jak jedynka, Beaty nie mają takiej mocy jak w pierwszej.
P2: <patrzy czerwonymi oczyma przez okno>
P1: Halo! Nieźle się załatwiłeś
P2: No cooo Ty.  Young… Young Rol… e jak ona miał?
P1: Young Roddy, na tej płycie też jest, tak samo jak na pierwszej, razem z Trademarkiem, tylko że w dwóch numerach a nie w jednym. W ogóle tam jest przejebany motyw, w utworze „Michael Knight” Curren$y robi na ustah takie skutututututututututututu, ładnie dziwne, ale mi się podoba <demonstracja na ustach>. To jest takie zabawne i groteskowe jednocześnie.
P2: <śmiech>
P1: Gości nie ma takich widowiskowych i spektakularnych, chociaż miała być moja żona Erykah, i Camp Lo. Tuzy poszły, zostali tylko sami zajarańcy jak sam raper. A Raekwon w remixie „Micheala Knighta” to jakiś smutny żart, służący chyba tylko dodaniu fejmu temu albumowi.  Kawałek „Silence” z McKenzie Eddy mile mnie zaskoczył, wokal pięknie zestawiający się z pianinkowym beatem i Curren$ym.
P2: <wzrok utkwiony za oknem>
P1: No i wiesz, dwójka też jest fajna, ale nie tak piękna jak jedynka, jest przyjemna w słuchaniu, ale nie wbija się w głowie jak jedynka, rozumiesz? Ski Beatz i Curren$y zawsze na propsie, ale nie są to ich najlepsze wyczyny. Curren$y za to jest coraz lepszym raperem, mogę się założyć że dtego że ciągle pracuje nad tym. Wiesz, już pracuję nad „Pilot Talk III”, w międzyczasie wydał jeszcze mixtape „Return To The Winner’s  Circle” i „How Fly 2”, nie słuchałem, czekam na trójkę.
P2: A wiadomo już coś więcej na ten temat?

„Pilot Talk III”

P1: Poza tym że nad nią pracuje to na razie nic… Chociaż portal hiphop-n-more podaje informacje że ma wyjść w maju, i że w międzyczasie ma wyjść jeszcze projekt z Seanem O’ Connelem „Muscle Car Chronicle”, a na forum fanów Wiza przeczytałem że w marcu…


 
 






Wszelkie niepoprawności językowe w tym tekście są zamierzone

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Back In The Days: Steve Spacek - Space Shift (2005)



Każdy krążek na który beat zrobił J Dilla jest dobrym krążkiem, nie inaczej jest z „Spaceshift”, solowym krążkiem Steve Spaceka, członka brytyjskiego zespołu który nazywa się… Spacek. Nie wiecie o kogo chodzi? Nie martwcie się, ja też nie wiedziałem, jednak czas się dowiedzieć!
Steve White (takie jest prawdziwe nazwisko artysty) razem z Stevem  Morganem, oraz Francisem Hiltonem po założeniu zespołu zmienili nazwisko na Spacek, tworząc wspólny mianownik.  Pomimo wcześniejszego istnienia zespołu, wydali w podziemiu  krążek dopiero w  1999 roku pt. „Eve”, który odbił się głębokim oddźwiękiem wśród świadomych słuchaczy. W 2000 roku wydana została ponownie zrealizowana wersja „Eve” z jednym remixem  Jay’a  Dee, oraz gościnnym udziałem zespołu Frank-N-Dank. Właściwy debiut Steve razem z towarzyszami zaliczył w 2001 roku albumem „Curvatia”, który spotkał się z bardzo dobrymi recenzjami, muzyka zespołu była nawet porównana do D’ Angelo i Massive Attack. Kontynuacją sukcesów był album „Vintage Hi-Tech” który zebrał jeszcze więcej pochwał. W 2005 roku Steve Spacek wydając krążek „Space Shift”  zaczyna solową karierę. płyta jest pełna odniesień zarówno do elektronicznych dokonań zespołu artysty, jak i do klasycznych soulowych wokalistów takich jak Al. Green, albo Curtis Mayfield. Potrzebowałem czasu żeby docenić to piękne dzieło, opłacało się, przyjąłem Spaceka do mojej listy największych neo-soulu.




 Album zaczyna się krótkim, aczkolwiek treściwyn intro, krótka kombinacja uderzeń cymbałek jest bardzo dobrym preludium do następnego utworu, którym jest „Dollar”, track wyprodukowany przez mojego ulubieńca, J Dille. Jest obok „Umm Hmm” Eryki Badu (o którym nikt jeszcze wtedy nie słyszał) jednym z najlepszych bangerów soulowych jakich słyszałem, wokalny sampel znakomicie się przeplata z czystym śpiewem Steve’a. Spacek ma wielki talent wokalny, nie dość że barwa głosu jest intrygująca, to bardzo dobrze umie się dopasować intonacją do charakteru podkładu, tak jak ma to miejsce w „Thursdays”. Słyszymy drgające, delikatne syntetyki, do których wokalista dostosowuje się równie wyśmienicie co do wokalnych sampli. Jak dla mnie „kosmos”, a to dopiero początek albumu… Pomiędzy początkiem a końcem albumu dostajemy równie wyśmienite dania w postaci „Slave” (bezpretensjonalność w treści, i  czysty, lekko rozmazany aczkolwiek dopieszczony syntetyczny beat), „The Hills” (dopieszczona pulsująca linia basu. Utwór emanuje wysublimowanym erotyzmem, nie wiem czy byłby dobrym soundtrackiem do randki, ale prowokuje rozmyślenia na temat swojej wymarzonej, tajemniczej niewiasty), „Reversible Top” (podobna pulsująca linia basu jak w „The Hills”, wyczuwalna „funkowość” utworu,  Utwór wprost stworzony do bezstresowej jazdy samochodem), „I’m Glad” (następny marzycielski as),  „Days Of My Life” (dla mnie najlepszy utwór na płycie, dowód na to że nie trzeba tworzyć skomplikowanych kompozycji żeby numer brzmiał niesamowicie. Podkład bardzo oszczędny, jedyne co się w nim znajduje to linia basu, oszczędna perkusja, i dwa sample subtelnej gitary (nawias w nawiasie: czy to sampel, czy dograne,?)), „Callin Yu” (jazzowy samotnik na albumie, byłby bardzo dobrym zakończeniem).  Jedyne co mi nie pasuje na albumie to właśnie końcowe tracki typu „Hey There” albo „Look Into My Eyes”, trzymają poziom, ale jednocześnie są najbardziej monotonne. W dodatku ostatni z utworów zawiera nieznośną ponad trzy minutową ciszę między „podutworami” .
Pomimo tych malutkich niedociągnięć dzieło naprawdę pięknie brzmi, może i trzeba trochę czasu i uwagi aby je docenić, ale później to już tylko rozkosz konsumpcji…
Mój werdykt: 9/10

środa, 15 grudnia 2010

Co zrobiło na mnie duże wrażenie vol.2

Stan Getz – Focus (1961)


Jedna z lepszych płyt jazzowych jakich kiedykolwiek słyszałem. Lekarstwo na zimę, z tym albumem na słuchawkach przez uszy dostają się dźwięki ciepłe jak dodatkowa para rękawiczek, rozchodzą się po ciele jak herbata z rumem. Nie wiem jak nazywa się połączenie muzyki jazzowej z symfoniczną, może po prostu połączenie muzyki jazzowej z symfoniczną?.. Nie ważne, ważne jest to, że albumu słucha się wyśmienicie. Dźwięki saksofonu w „Her” zdają się układać w słowa wypowiadane czule przez usta pięknej kobiety (wow), kontrabas (tak mi się wydaję że to kontrabas) w „I’m Late, I’m Late” niczym wskazówki zegara odmierza nieubłagalny czas, dźwięki wydawane przez całą gromadę instrumentów w „Once Upon A Time” są tak przestrzenne, że oczyma mojej wyobraźni tworzą muzyczny krajobraz, barwniejszy niż tęcza. Stan Getz! Żałuje że wcześniej nie znałem tego kota.


Affinity – Selftitled (1970)

Udane połączenie jazzu i rocka, piękny kobiecy wokal, to właśnie sprawia że Affinity słucha się z dużą przyjemnością. Krążek ma atmosferę mroźnej nocy w dużym mieście, nawet jeśli odtwarzany jest w domu, czuje się jakbym spacerował w blasku latarń, zupełnie sam, wśród wszechobecnych płatków śniegu, spadających na ośnieżony, oświetlony przez stożek światła latarń, chodnik. Muzyka narzuca mi takie, a nie inne obrazy, pomimo tego ma w sobie dużo ciepła. Z resztą spytajcie Cioci youtube o o jeden z moich ulubionych numer ów „Night Flight” albo „Cocoanut Grove”, jestem pewien że jeśli nie skłoni was do zdobycia w jakiś sposób całego lp, to i tak się spodoba.


Marco Polo & Torae – Double Barrel (2009)

Chociaż to dzieło znałem już wcześniej, nigdy nie robiło na mnie dużego wrażenia. Dopiero teraz, w dobie nadzwyczajnej popularności różnej maści wacków, doceniam czym jest ta płyta, jest to powrót do brzmienia z lat 90-tych, prawdziwe boom bapowe, surowe brzmienie. Kiedy uszy zmęczone żałosną napinką mainstreamowców, bardzo dobrze włączyć sobie coś równie brudnego, i bezkompromisowego, tylko w lepszym o niebo stylu. Ponadto, obok Torae’a słyszymy na mikrofonie samych mistrzów takich jak Masta Ace’a, Seana P, Heltah-Skeltah, albo Guilty Simpsona, a w intro przemawia sam DJ Premier , „Ya heard? Dollar make sense, if dollar make sense, live the planet Earth and make your own planet like we do”



Lootpack – Sounpieces Da Antidote! (1999)

Czemu nie znałem tego wcześniej? O to jest pytanie. Najlepsze produkcje i zwrotki Madliba jakie słyszałem… Stara szkoła + odrobina szaleństwa spod znaku Stones Throw. Wstyd mi, po prostu wstyd, jak mogłem nie znać tak szokująco funkowej, soczystej płyty, która ma wszystko co powinien posiadać dobry hip-hopowy album, czyli logiczną, nieprzekombinowaną koncepcje, dobre beaty , polot, dobre teksty, skillsy na mikrofonie (z tym jest najgorzej). O ile Wildchild jest nienajgorszy, to Madlibowi wiele brakuje pod względem techniki rapowania, na szczęście uzupełnieniem są goście na wyższym levelu pod tym względem, tacy jak Tha Alkaholiks, Dilated Peoples, albo Medaphoar.

Z miejsca chciałbym podziękować Kołnierzykowi, bez Ciebie nadal bym nie znał Affinity i Stana. Hi5!