poniedziałek, 28 maja 2012

V.A. - Maybach Music Group Presents Self Made Vol. 1




Surfując po youtubie przez przypadek natrafiłem na "Pandemonium", potem na "Ima Boss", a na końcu na "Tupac Back", wszystkie utwory zainteresowały mnie dosyć mocno, treścią, formą, charakterem. Zacząłem się interesować tą formacją, załatwiłem sobie tę o to kompilacje "Maybach Music Group Presents Self Made Vol. 1". No i powiem wam że chodzi to za mną zapętlone od kilku dni, co nie znaczy że krążek zasługuje na maksymalną ocenę...


Słucham różnej muzyki, w tym także brazylijskiego zespołu Sarcofago którego teksty oscylują wokół agresji, bluźnierstwa, czy jeśli ja tego słucham to znaczy że jestem heretykiem albo socjopatą? Nic z tych rzeczy. Czy oglądasz horrory bo fascynujesz się strachem albo lubisz widok cierpiących ludzi? Raczej nie.. Tak samo to że podoba mi się muzyka od załogi Rysia nie znaczy że jestem materialistą i uważam się za szefa wszystkich szefów. Trzeba zrozumieć że to często jest nieprawdziwy wizerunek, swego rodzaju gra. Jest to dosyć kłopotliwe zagadnienie, ja uważam że jest TAK a nie inaczej.




Running Rebels


Grupa spod znaku Maybacha jak wiadomo to dosyć duże zgromadzenie, długo by wyliczać, w każdym razie nie każdy na tym składaku się pojawia, niektórzy udzielają się tylko w jednym utworze np. Stalley który nawinął świetną zwrotkę w "Running Rebels". Na okładce widnieją tylko cztery postacie i te persony grają na płycie pierwsze skrzypce. Meek Mill jest dla mnie sporym zaskoczeniem, szykuje się następna mainstreamowa gwiazda na poziomie, jego flow zamiata; Wale, który jest najrówniejszy ze wszystkich, nie zaczął rapować dzisiaj to wie każdy; Pill, dla mnie całkowita nowość, typowo południowy gracz, pochodzi z Atlanty więc nie ma co się dziwić jego southową stylówką, no i...


Big Boss Rick Ross


Zdecydowanie ma najgorsze skillsy z całego towarzystwa, pomimo tego że zrobił niezły progres, to wszystko jest nie ważne w momencie kiedy to on jest inicjatorem całego zgrupowania, kiedy to właśnie Oficer wyłowił tych wszystkich graczy z ciemnego mixtape'owego światka no name'ów, kiedy ma koncept na siebie, nawet jeśli to wszystko to tylko 'teatr'. Po co Ross ma nawijać wściekle jak ma od tego swoich żołnierzy. Ricky jest "cementem który spaja te różne postacie w jedność.


Fitted Cap, 600 Benz, Big Bank


Polecam każdemu tą kompilacje kto ma dystans do treści, bo jestem pewien że żaden z czytelników nie wozi się Benzem, nie ma milionów na koncie. Umówmy się, jeśli raper umie dobrze nawinąć o objętości swojego portfela to ja to łykam, jednak tutaj są słabe wersy ("I'm on my Gucci shit / Gucci Luciano bitch you know I'm Gucci Rich"), ewentualnie znajdziemy także średnie linijki, które nie zapadają w pamięć, zdecydowanie liryka nie jest wymagająca.


Bounce


Są cykające, ciężkie, syntetyczne, dudniące bangery ("By Any Means", "Big Bank", "Tupac Back"); bardziej zbliżone tradycji, zawierające jakiś sampel również bangery (moje ulubione "Pandemonium"); nieprzesłodzone o dziwo pościelówy ("That Way"), jest też numer z którym można jak to się mówić 'poczilować' ("Rise"); a wszystko na dobrym poziomie, nic nie kaleczy uszu. 


Tupac Back


Nie, tym razem Tupaca nie wskrzesili na potrzeby 'featuringów', i bardzo dobrze, ale jest Jadakiss, jest J. Cole, jest na prawdę zacnie pod względem gości. Refreny Jeremiha i Chestera Frencha zmiękczają płytę, Curren$y i CyHi potęgują luz w "Rise", French i Jada dają respekt w NY. Podsumowując żaden  gościnny gest nie jest zbędny, wszyscy goście w dobrej formie, jedynie J. Cole ciut niżej upadł swoją zwrotką.


By Any Means


Gdziekolwiek byś był wszędzie usłyszysz o tej ekipie, a jeśli nie o całej ekipie to na pewno o 'Grubasie', no chyba że zamieszkasz w jaskini jak Św. Iwan, ale tam też może się zdarzyć to że obok Twojej jaskini będą przechodzić chłopaki z kimś z MMG na komórce. A dzieje się tak dlatego że ich wali to co o nich myślisz, ze wszystkich sił ręczą że są bossami, do tego są aprobowani przez cały mainstream, no może oprócz Centa, wiadomo. Każdy z nich jest bezczelnie przebojowy, każdy z nich ma ogromną charyzmę, każdy istnieje w świadomości fanów rapu, odbierany gorzej lub lepiej w zależności od człowieka. Jeśli będziecie się starać Panowie i dostarczać mi hitów na poziomie tej kompilacji to ja będę tego słuchał.


Why Cry


"Selfmade Vol. 1" nie dostanie piąteczki dlatego że:
- to tylko kompilacja
- nie odkrywa przede mną niczego nowego
- liryka
- beaty są owszem dobre, ale nie rewelacyjne


4/5







czwartek, 19 kwietnia 2012

Piosenka Tygodnia: CunninLynguists - Hellfire






Dlaczego: Jutro chłopaki grają koncert w Krakowie! Jestem ciekaw jak smakuje ten duszny klimat beatów Kno na żywo, i czy Natti i Deacon są "Mistrzami Ceremonii". Załoga Soulquariana będzie, a Wy?!


niedziela, 15 kwietnia 2012

Piosenka Tygodnia: Charles Mingus - Boogie Stop Shuffle


Dlaczego: Jest pewien artysta który był swaggerem zanim A.$.A.P. Rocky ujrzał światło dzienne, mowa o tym grubasku na górze, absolutnemu gigantowi muzyki zwanej jazz. Jak słucham tego utworu mam wrażenie że to jest rap który przechodzi od walących w mordę panchline'ów po wyniosłe bragga które pokazuje gdzie jest Twoje miejsce. Jak kiedyś dorwę się do samplera to wytnę coś z tego utworu, słyszę przynajmniej trzy momenty które aż się proszą żeby być częścią jakiejś nowej kompozycji, i dziwie się że nikt tego jeszcze nie zrobił.Groove, ekspresja, skoki napięcia. 


wtorek, 3 kwietnia 2012

Piosenka Tygodnia: Bulgarian Voices - Angelite & Huun-Huur-Tu - Legend


Dlaczego: Nigdy nawet sobie nie wyobrażałem współpracy folkowych muzyków z Bułgarii i Tuwy. To połączenie podbiło moje serce bez większego trudu, znajduje tam wszystko to co najpiękniejsze w folku: psychodelie, mistycyzm, ślad pogańskich czasów; wyraz miłości, a może tęsknoty do krainy z której pochodzą muzycy; prostotę, która aż ściska za gardło, bo jest to muzyka autentyczna, która wynika z rdzennej kultury. Utwór "Legend" wg. mnie jest flagowym przykładem muzyki panującej na wspólnej płycie muzyków pod nazwą "Fly, Fly My Sadness". Utwór zaczyna się gardłowym niepokojącym rytmicznym, gardłowym śpiewem, a po chwili rozbrzmiewa krystalicznie czystym, przenikającym całe ciało chóralnym, ale nie nachalnym, lekkim, zmasowanym śpiewem, zwróćcie uwagę na to że w kawałku rola instrumentów muzycznych jest sprowadzona do minimum, dęty instrument klawiszowy(?) rozbrzmiewa tylko w jednym momencie, grając drugorzędną rolę, jest to przykład na to że ludzki głos jest najbardziej wszechstronnym instrumentem, można go wykorzystać na tysiące sposobów... Słuchając takiej muzyki wylatuje myślami przez okno gdzieś daleko, gdzieś gdzie kapitalizm jeszcze nie dotarł...

P.S. Kex, pozdrawiam Cię


wtorek, 6 marca 2012

Piosenka Tygodnia: Royce Da 5'9" - Dinner Time feat. Busta Rhymes


Dlaczego: Po prostu perfekcyjny kawałek, Royce jest mikrofonowym mordercą, jest horrorem słabych raperów, zjada ich na tytułowy obiad. Busta i 5'9" lecą jak oszalali na pięknym beacie niejakiego Quinceya Tonesa. Całość pulsuje jak serce maratończyka po przekroczeniu mety. Rzeź.

czwartek, 1 marca 2012

Piosenka Tygodnia: Stalley - Sound Of Silence


Dlaczego: Ostatnio powiem szczerze przeżywam muzyczny kryzys, nic mnie nie łechce, po prostu muzyka przepływa przez moją głowę nie powodując żadnych emocji... Stąd tytuł piosenki tygodnia. Artysta też nie jest przypadkowy, Stalley jest ostatnim wśród muzyków którymi się jarałem. Poza tym że jest przesympatycznym gościem (sprawdź to), to tworzy muzykę która mi bardzo odpowiada tj. zaangażowany dobry rap + luźne tłuste brzmienie zarezerwowane wcześniej tylko dla hustlerów z południa Stanów.

czwartek, 23 lutego 2012

Piosenka Tygodnia: Sientist VS King Midas Sound - U Dub (Part 2)





Dlaczego: Idę ulicą Słowackiego, jest ładne popołudnie, drugi dzień roztopów, obraz z moich oczu jest inny niż  na co dzień, zupełnie tak jakby jakiś hipster majstrował z kontrastem i jasnością, ale nie ważne jest plusowa temperatura, jest fajnie... W pewnym momencie zauważam wylot ulicy na rynek który jest na przeciwległym wzgórzu, promienie zachodzącego słońca cudnie przemykają pomiędzy kamienicami, odbijając się od okien dając przestrzeń i blask okolicy. Na niebie unoszą się różowo-pomarańczowe obłoki zupełnie jak radioaktywne resztki oparów po jakimś gwiezdnym burialu który najwidoczniej był dawno, strach i agonia już nie są wyczuwalne w powietrzu. Skręcam w uliczkę obok Klamotu, mijam jakichś typów, cieszę się, wiem dobrze że nie patrzą w tym momencie na świat tak jak ja. Pigal jest dziwnie pusty,  pojedyncze osóbki przemykają na drugim końcu placu śpiesząc się gdzieś, a przecież jest sobota. Pomimo tego że warunki pogodowe są dobre, biorąc pod uwagę że jeszcze kilka dni temu były ogromne mrozy, świat jest dziwnie smutny, czyżby jeszcze się nie otrząsnął z tego morderczego zimna? Kiedy przechodzę obok teatru do moich uszu dochodzą dźwięki muzyki z lat 30-tych, wesołe, swingujące, już wiadomo skąd brak żywej duszy na ulicy, wszyscy się bawią w środku. Przechodząc dalej przez plac Żwirki i Wigury mijam dwóch panów w mundurach, czuje dziwny niepokój, pomimo tego że jestem niewinny... 5 metrów dalej czuje ulgę, delektuje się światłami miasta, aż docieram do miejsca które wygląda jak ponura przełęcz, po środku tylko czerwona brama do piekła, biorę głęboki wdech, zmuszam mózg do większej bystrości, wchodzę...






*cały tekst jest tylko ilustracją do utworu i fikcją.